Strona głównaFelietonŻOŁNIERZE, KTÓRYM ODEBRANO PRAWO DO PAMIĘCI

ŻOŁNIERZE, KTÓRYM ODEBRANO PRAWO DO PAMIĘCI

ŻOŁNIERZE, KTÓRYM ODEBRANO PRAWO DO PAMIĘCI
Obchodzimy kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. To czas, kiedy naturalnie wracamy myślami do powstańców 1944 roku – do ich heroizmu, ofiary i dramatu stolicy.
Dziś jednak nie o nich. Dziś o tych, o których rozmawia się znacznie trudniej. O żołnierzach wyklętych.
Wiem to z doświadczenia: rozmowy o nich niemal zawsze kończą się napięciem, oburzeniem albo milczeniem. Większość polskiego społeczeństwa nadal uważa ich za bandytów. I właśnie dlatego warto o nich mówić – zwłaszcza teraz, gdy rocznica Powstania Warszawskiego skłania nas do refleksji nad tym, co znaczy prawdziwa niepodległość i kto za nią płacił najwyższą cenę.
W powojennej Polsce, gdy Armia Czerwona stała się nie okupantem, lecz „wyzwolicielem”, a władzę przejmowała marionetka zainstalowana przez Moskwę, tysiące polskich żołnierzy z podziemia stanęło przed wyborem, którego żadna ludzka moralność nie powinna nikomu narzucać. Albo ujawnić się, zdać broń i pójść do katowni Urzędu Bezpieczeństwa – gdzie tortury, egzekucje i fałszywe procesy były normą – albo zostać w lesie z karabinem w ręku i walczyć do końca przeciw pachołkom sowieckim oraz wszechobecnej Armii Czerwonej. To właśnie ten wybór zdefiniował los tych, których dziś nazywamy żołnierzami wyklętymi.
Nie byli oni jednolitą armią. Tworzyli ich byli żołnierze Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, Konspiracyjnego Wojska Polskiego i dziesiątki mniejszych oddziałów. W szczytowym momencie, około 1945–1946 roku, przez szeregi podziemia niepodległościowego przewinęło się nawet 120–180 tysięcy osób, z czego w lesie walczyło aktywnie 13–20 tysięcy.
Po amnestii 1947 roku – która okazała się mistrzowską pułapką – zostało ich ledwie 1–2 tysiące. Amnestia zbierała dane personalne, nazwiska, pseudonimy, kontakty. Te informacje posłużyły później do systematycznego polowania na tych, którzy nie wyszli, oraz do prześladowania tych, którzy się ujawnili.
Komunistyczna propaganda od początku wiedziała, że fizyczne zniszczenie to za mało. Wiktor Herer, naczelnik wydziału śledczego MBP, mówił w 1948 roku wprost: zadaniem jest nie tylko zniszczyć ich fizycznie, ale zniszczyć moralnie w oczach społeczeństwa. Stąd systematyczne nazywanie ich „bandytami”, „zaplutymi karłami reakcji”, „faszystami”. W prasie, radiu, szkołach i na zebraniach wiejskich powtarzano, że to zwykli rabusie i mordercy.
Jednym z najskuteczniejszych narzędzi tej operacji były prowokacje. Grupy funkcjonariuszy UB i ich agentów wyruszały w teren, przebierając się za partyzantów. Napadały na wsie, grabiły, biły, nieraz mordowały. Celem było oczywiste: wzbudzić w chłopach nienawiść do „leśnych” i legitymizować kolejne obławy. Historycy dokumentują przypadki, w których właśnie takie grupy UB rabujące ludność podszywały się pod partyzantów. Zwykłe bandy rabunkowe też chętnie korzystały z tej maski, wiedząc, że strach przed „bandą” paraliżuje opór. Część mieszkańców – zwłaszcza w regionach, gdzie komunistyczny terror docierał słabiej – uwierzyła narracji.
Przypisywano im zbrodnie, których nie popełnili. Mechanizm był prosty: każdą egzekucję konfidenta, każdy atak na posterunek MO czy UB, a nawet zwykłe przestępstwa kryminalne z danej okolicy, propagandowo wrzucano na konto „bandy”.
Ostatnie lata przynoszą kolejne przykłady tego dziedzictwa. Niedawno Instytut Pamięci Narodowej zidentyfikował szczątki Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” – jednego z najdłużej walczących dowódców NZW na północnym Mazowszu, poległego w 1951 roku w obławie pod Szyszkami. Jego działalność – ataki na funkcjonariuszy UB, MO i agentów – przez dziesięciolecia była przedstawiana w czarnych barwach. W lokalnych opowieściach i niektórych przekazach wciąż pojawiają się oskarżenia, które nie znajdują potwierdzenia w dokumentach, a stanowią echo peerelowskiej nowomowy.
Tu leży sedno problemu, z którym zmaga się każdy historyk próbujący mówić prawdę. Duża część polskiego społeczeństwa – szczególnie w mniejszych miastach i wsiach, gdzie bezpośrednie represje stalinowskie nie były tak intensywne jak na wschodzie czy w większych ośrodkach – przyjęła komunistyczną narrację jako własną. W szkołach PRL-u uczono, że to bandyci. Filmy, podręczniki, gazety przez dziesięciolecia powtarzały to samo. Gdy po 1989 roku zaczęto odkłamywać historię, wielu ludzi zareagowało obronnie: „przecież u nas tak mówili”, „przecież babcia opowiadała, że leśni rabowali”. Prawda historyczna – oparta na aktach UB, relacjach świadków, ekshumacjach – staje się wtedy nie argumentem, lecz zagrożeniem dla własnej tożsamości i rodzinnej pamięci. Indoktrynacja działała skuteczniej tam, gdzie nie było bezpośredniego doświadczenia terroru.
Żołnierze wyklęci nie byli aniołami. W warunkach partyzantki zdarzały się rekwizycje, błędy, a w niektórych oddziałach – zwłaszcza na styku konfliktów narodowościowych – czyny, które dziś kwalifikujemy jako zbrodnie. Historyk ma obowiązek o nich mówić. Ale ma też obowiązek odróżniać fakty od propagandowej hucpy. Komuniści nie walczyli z „bandytami”. Walczyli z ludźmi, którzy odmówili uznania sowieckiej okupacji za wyzwolenie. Walczyli z tymi, którzy woleli zginąć z bronią w ręku, niż żyć w systemie, który od początku był systemem kłamstwa i terroru.
Skalę tego systemu oddają suche liczby. Według szacunków w latach 1944–1956 wskutek terroru komunistycznego w Polsce śmierć poniosło ponad pięćdziesiąt tysięcy osób – straconych na mocy wyroków sądowych, zamordowanych lub zmarłych w siedzibach Urzędów Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej, więzieniach i obozach, zabitych w walce lub w trakcie działań pacyfikacyjnych. Znaczną część tych ofiar stanowili właśnie żołnierze podziemia niepodległościowego. Ich ciała grzebano w utajnionych, często do dziś nieznanych miejscach – na cmentarzach, w pobliżu siedzib bezpieki, w lasach i na poligonach.
Dziś, gdy szczątki kolejnych „Roja” wychodzą z bezimiennych dołów na „Łączce”, gdy IPN systematycznie przywraca nazwiska i biografie, wciąż słyszymy echa peerelowskiej nowomowy. To nie jest spór o szczegóły. To spór o to, czy Polska ma prawo do własnej pamięci, czy nadal ma patrzeć na swoją historię przez okulary aparatu bezpieczeństwa.
Żołnierze wyklęci mieli tylko dwa wyjścia. My mamy trzecie: powiedzieć prawdę – nawet tym, którzy jej słuchać nie chcą …
Grzegorz Gwadera
Kamila Piwowarska
Kamila Piwowarskahttps://goleniow24.info/author/kama/
Dziennikarka lokalna z pasją do spraw powiatu goleniowskiego. Od lat związana z portalem goleniow24.info, gdzie relacjonuję najważniejsze wydarzenia społeczne, kulturalne i samorządowe z regionu Goleniów.
POWIĄZANE ARTYKUŁY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

- Advertisment -SeoHost.pl - Szybki Hosting NVMe

Popularne

Społeczność Goleniów24.info

15,445FaniLubię
652ObserwującyObserwuj
2,590ObserwującyObserwuj
1,980SubskrybującySubskrybuj

Najnowsze komentarze