Nowa kadencja Młodzieżowej Rady Gminy w Goleniowie rozpoczęta. Przewodniczący przedstawia ambitny plan działania

0

Nowa kadencja Młodzieżowej Rady Gminy w Goleniowie rozpoczęta …

Podczas dzisiejszej sesji powołano drugą kadencję Młodzieżowej Rady Gminy Goleniów. Organ ten, utworzony w 2023 roku, został powołany z myślą o reprezentowaniu interesów młodych mieszkańców gminy, wzmacnianiu ich udziału w życiu publicznym oraz tworzeniu przestrzeni do dialogu między młodzieżą a władzami lokalnymi.

Nowo wybrany przewodniczący Młodzieżowej Rady Gminy zaprezentował rozbudowaną wizję rozwoju młodzieżowego samorządu, podkreślając, że nadrzędnym celem tej kadencji będzie aktywizacja młodzieży, budowanie ich sprawczości oraz inicjowanie działań realnie odpowiadających na potrzeby młodych ludzi.

W rozmowie z nami przewodniczący przedstawił pierwsze założenia programowe:

„Jako przewodniczący Młodzieżowej Rady Gminy w Goleniowie zapowiadam, że podczas najbliższej sesji przedstawię projekt powołania trzech komisji, które będą fundamentem naszej pracy w tej kadencji. Proponowane komisje to: Komisja ds. Sportu, Kultury i Zdrowia, Komisja ds. Infrastruktury i Komunikacji oraz Komisja ds. Współpracy. Dodatkowo powołana zostanie Komisja Rewizyjna, która zadba o przejrzystość i rzetelność działań rady. Strukturę budujemy tak, aby realnie odpowiadała na potrzeby młodych mieszkańców gminy.”

Przewodniczący zwrócił uwagę, że niezwykle ważne jest budowanie świadomości społecznej i sprawczości wśród młodych:

„Fundamentem tej kadencji będzie aktywny udział młodych mieszkańców gminy Goleniów w życiu lokalnym. Chcemy, aby młodzież miała realny wpływ na to, co dzieje się w ich otoczeniu, by mogła współdecydować, zgłaszać pomysły i kształtować kierunek rozwoju gminy. To dlatego zależy mi, aby rok 2026 został odważnie ogłoszony Rokiem Młodzieży w Gminie Goleniów, czasem szczególnej aktywności, współpracy i otwarcia na głos młodych ludzi.”

Wśród najważniejszych pomysłów i planów przewodniczącego pojawia się powołanie nowej funkcji w lokalnym systemie edukacyjnym:

„Naszym celem jest aktywna i odpowiedzialna praca na rzecz młodzieży. Wierzę, że Młodzieżowa Rada Gminy powinna nie tylko reagować na problemy, ale także tworzyć przestrzeń do dialogu i inicjowania zmian. Dlatego jako przewodniczący będę dążył do powołania Rzecznika Praw Ucznia. Widzę wyraźną potrzebę istnienia takiej funkcji, osoby, która będzie wsłuchiwać się w głos uczniów, reprezentować ich interesy i wspierać w sytuacjach wymagających niezależnego wsparcia.”

W planach nowej rady znajdują się również działania edukacyjne, w tym warsztaty z pierwszej pomocy organizowane w szkołach. Celem jest zwiększenie praktycznych kompetencji młodzieży oraz wyposażenie ich w umiejętności mogące ratować zdrowie i życie.

Istotnym elementem programu jest także temat wykluczenia komunikacyjnego, szczególnie w sołectwach. Przewodniczący zapowiada rozmowy z mieszkańcami terenów wiejskich, aby poznać ich potrzeby i wspólnie szukać rozwiązań w zakresie transportu publicznego.

Na nadchodzącą wiosnę planowane jest również duże wydarzenie promujące zdrowy styl życia, integrację oraz rozwój społeczny młodzieży. Jak zapowiedział przewodniczący, pierwszemu dniu wiosny towarzyszyć mają panele tematyczne z zakresu profilaktyki zdrowotnej, dietetyki i pierwszej pomocy, a także turniej sportowy obejmujący różne dyscypliny. Wydarzenie ma zakończyć się wspólnym ogniskiem.

Na zakończenie swojej wypowiedzi przewodniczący podkreślił:

„Ta kadencja ma być czasem działania, odpowiedzialności i budowania realnej wartości dla młodzieży w naszej gminie. Jesteśmy gotowi pracować, słuchać i inicjować zmiany, na które młodzi ludzi czekają.”

Druga kadencja Młodzieżowej Rady Gminy zapowiada się jako okres ambitnych projektów, wzmocnionej aktywności społecznej młodych oraz rozwoju inicjatyw mających wpływ na przyszłość całej lokalnej wspólnoty.

Gmina Goleniów znów dopłaci miliony do systemu śmieciowego. Problem narasta, a realnych działań brak

1

Gmina Goleniów znów dopłaci miliony do systemu śmieciowego. Problem narasta, a realnych działań brak …

Gmina Goleniów przygotowała projekt uchwały zakładający kolejne dopłaty z budżetu gminy do systemu gospodarowania odpadami komunalnymi. Z dokumentu wynika jasno: środki pochodzące z opłat mieszkańców ponownie nie wystarczą na pokrycie kosztów funkcjonowania systemu. Deficyt trzeba będzie uzupełnić pieniędzmi z budżetu gminy, czyli środkami, które mogłyby zostać przeznaczone na inne zadania samorządu.

Projekt uchwały przewiduje pokrycie różnicy pomiędzy wpływami z opłat za śmieci a faktycznymi kosztami odbioru i zagospodarowania odpadów w roku 2026. To oznacza, że gmina kolejny raz dopłaci do systemu znaczące kwoty – a problem, zamiast maleć, narasta.

Poza systemem nadal są tysiące mieszkańców

Od lat wiadomo, że system gospodarki odpadami w Goleniowie nie bilansuje się z dwóch zasadniczych powodów:

  1. Nieskuteczna ściągalność opłat od osób zdeklarowanych.

  2. Obecność kilku tysięcy mieszkańców, którzy nie figurują w systemie i nie płacą za odbiór odpadów.

To właśnie te dwa czynniki generują deficyt, który później pokrywany jest z budżetu gminy. Oznacza to, że mieszkańcy uczciwie regulujący opłaty – de facto finansują również tych, którzy system obchodzą lub pozostają w nim „niewidoczni”.

Mimo że wiedza o tym problemie jest powszechna, od wielu miesięcy nie podjęto żadnych działań naprawczych.

Dyskusja zaczęła się rok temu – i na dyskusji się zakończyło

W ubiegłym roku, jesienią 2024 r., rozpoczęła się szeroka debata o przyszłości systemu odbioru odpadów. Głos zabierali radni, burmistrz, przedstawiciele wspólnot mieszkaniowych oraz mieszkańcy. Wskazywano wtedy, że konieczna jest:

  • weryfikacja osób nieujętych w systemie,

  • poprawa ściągalności opłat,

  • analiza struktury kosztów,

  • opracowanie ścieżek naprawczych, aby system zaczął się bilansować.

Od tamtej pory – mimo deklaracji, również ze strony burmistrza – nie zrealizowano żadnych działań, które mogłyby realnie poprawić sytuację.

Stawka za odbiór odpadów nadal wynosi 30 zł od osoby, ale problemem nie jest wysokość opłaty, lecz liczba osób, które jej nie płacą.

Gmina przyjmuje obecnie najprostsze rozwiązanie: dopłacać kolejne miliony

Projekt uchwały jasno potwierdza kierunek, w którym zmierza system śmieciowy w Goleniowie: zamiast wdrażania narzędzi pozwalających ograniczyć deficyt, gmina nadal planuje zasilać system pieniędzmi z budżetu.

Brak weryfikacji mieszkańców pozostających poza systemem sprawia, że liczba osób, które faktycznie pokrywają koszty odbioru odpadów, jest znacznie mniejsza niż liczba osób faktycznie wytwarzających śmieci. Konsekwencją jest rosnąca dziura finansowa, którą – zgodnie z projektem – w 2026 roku ponownie pokryją wszyscy podatnicy.

Czy są realne rozwiązania? Czy debata zostanie podjęta ponownie?

Gmina stoi dziś przed pytaniem fundamentalnym: czy stać nas na dalsze dopłacanie milionów do systemu, który nie obejmuje wszystkich mieszkańców?
Czy zostaną zaprezentowane zapowiadane rok temu propozycje naprawcze?
Czy gmina zamierza wdrożyć mechanizmy weryfikacji osób pozostających poza systemem?

Mieszkańcy, radni i wspólnoty oczekują, że odpowiedzi na te pytania padną podczas prac nad przyszłorocznym budżetem oraz nad uchwałą regulującą gospodarkę odpadami. Jeżeli nie zostaną wypracowane konkretne rozwiązania, system nadal będzie generował deficyt, a gmina – zamiast inwestować w rozwój – będzie zmuszona przeznaczać kolejne środki na jego łatanie.

Urząd odpowiada na pytania radnego dotyczące kondycji miejskiego transportu

Urząd odpowiada na pytania radnego dotyczące kondycji miejskiego transportu  …

Urząd Gminy i Miasta w Goleniowie przedstawił szczegółowe informacje dotyczące funkcjonowania komunikacji miejskiej, realizowanej przez operatora TOS Sp. z o.o. Odpowiedzi zostały udzielone w reakcji na wnioski radnego Artura Panka z 18 listopada 2025 r., a następnie przekazane przez Biuro Rady Miejskiej.

Awaryjność taboru – cztery przypadki od września

Jak wynika z dokumentu, urząd odnotował awarie autobusów w czterech terminach:

  • 11 września (linia nr 1),

  • 16 października (linia nr 2),

  • 14 listopada (linia nr 1),

  • 25 listopada (linia nr 1).

Rodzaje usterek nie zostały wskazane. Po każdym zdarzeniu uruchamiano pojazdy zastępcze, zgodne z obowiązującą umową.

Kara umowna dla operatora

Gmina nałożyła jedną karę umowną – za niewykonanie kursów na liniach 9 i 10 w dniu 3 września oraz za spóźnienie na linii 4. Kara została naliczona 5 września i wyniosła 1088 zł, co potwierdzono w oparciu o paragraf 27 Umowy nr 1674/2025 z 12 sierpnia 2025 r.

Kontrole bez istotnych naruszeń

Od 10 września do 20 listopada gmina przeprowadziła 16 kontroli obejmujących 15 kursów. Sprawdzano m.in. zgodność z rozkładem jazdy, punktualność, frekwencję oraz czystość pojazdów. Jak podano, nie wykazano istotnych naruszeń, a standardy czystości nie budziły zastrzeżeń.

Zgłoszenia od pasażerów dotyczyły głównie lekkich spóźnień, jednak każde z nich było przekazywane operatorowi do analizy.

Tabor operatora: zestawienie pojazdów

W odpowiedzi urząd przekazał listę autobusów eksploatowanych przez TOS Sp. z o.o. Zawiera ona m.in. pojazdy marek Solaris, Mercedes-Benz, MAN, SOR oraz Mercus. Autobusy różnią się liczbą miejsc siedzących i stojących, a najstarsze z nich pochodzą z 2009 roku.

Urząd wskazał również, że obecnie operator dysponuje 10 kierowcami i nie ma braków kadrowych.

System GPS w przygotowaniu

Operator jest w trakcie wdrażania Systemu Dynamicznej Informacji Pasażerskiej opartego na nadajnikach GPS. Trwają prace nad aplikacją, która w przyszłości ma umożliwić bieżące monitorowanie pojazdów.

Napełnienie autobusów – zróżnicowanie w zależności od linii

W ramach kontroli prowadzono także liczenie pasażerów. Największe napełnienie odnotowano na liniach nr 2 i 3, gdzie w wybranych kursach podróżowało ponad 50 osób. W reakcji na to operator podstawił większe pojazdy na najbardziej obciążonych trasach.

Stan techniczny – bez prawa kontroli przez gminę

Urząd zaznaczył, że nie posiada uprawnień do kontrolowania stanu technicznego pojazdów – odpowiedzialność ta spoczywa po stronie operatora.

Sprawa wjazdu autobusów na teren firm w Łozienicy

W piśmie potwierdzono również, że zarządca terenu Goleniowskiego Parku Przemysłowego – w porozumieniu z właścicielem – zakazał wjazdu autobusów komunikacji miejskiej na teren zakładów Fiege, Rhenus i Ikea. Mimo rozmów prowadzonych przez gminę, decyzja ta została utrzymana.

Jednocześnie przypomniano, że w pobliżu funkcjonują wskazane uchwałą Rady Miejskiej przystanki GPP 2 – Prologis i GPP 4 – Prologis.

W odpowiedzi na zgłoszenia dotyczące postoju autobusów przy ul. Nowej w Łozienicy, gmina zapowiedziała zwrócenie się do lokalnych firm z prośbą o umożliwienie wjazdu pojazdów w godzinach porannych.

Działania naprawcze

W związku z awariami, 26 listopada 2025 r. gmina wezwała operatora do poprawy stanu technicznego taboru. Podkreślono, że na chwilę obecną brak jest podstaw do rozwiązania umowy z winy operatora.

Śmierć Grzegorza Luksa – Goleniowska ofiara stanu wojennego

0

Śmierć Grzegorza Luksa – Goleniowska ofiara stanu wojennego

Ostatni wieczór Grzegorza

W nocy z 29 na 30 sierpnia 1986 roku w Goleniowie nic się nie działo. Żadnych manifestacji, żadnego stanu wojennego (formalnie zniesiono go dużo wcześniej), żadnej „kontrrewolucji”. Po prostu sobotni wieczór. Młodzież wraca do domów, wakacje się kończą. Grzegorz Luks, dziewiętnastoletni chłopak, wesoły, trochę nieśmiały, z dobrego domu, idzie przez miasto. Ma na sobie zwykłą koszulę, dżinsy i marzenia – chce pracować, chce dalej się uczyć, chce żyć normalnie.

Zatrzymuje go patrol milicji obywatelskiej. Bez powodu. Bo mogli. Bo mieli pałki, kajdanki i świadomość całkowitej bezkarności. Grzegorza skuwa się „na zakładkę” – ręce z tyłu, kajdanki zaciśnięte tak mocno, że zaraz pękną kości nadgarstków. Wrzuca się go do „suki” i wiezie na komisariat. Tam zaczyna się to, co w języku władzy ludowej nazywano „rozmową wychowawczą”.

„Rozmowa wychowawcza” — milicyjny eufemizm tortur

Milicjant Andrzej Serej – funkcjonariusz o twarzy wiecznie znudzonej i pięściach wiecznie gotowych – kopie skutego chłopaka w brzuch. Raz, drugi, dziesiąty. Kolejni dwaj „koledzy po fachu” patrzą. Nie interweniują. Bo po co? To tylko jakiś gówniarz. W końcu Grzegorz traci przytomność. Wypluwa krew. Leży na betonie. Prokuratura natychmiast wie, co się stało: upadek po spożyciu alkoholu. Matka Grzegorza słyszy: syn pijany był, sam się poturbował. Lekarze w szpitalu w Goleniowie dostają telefon „z góry”: nie operować zbyt szybko, nie pytać.
Przenoszą go do Szczecina. Tam walczy o życie 138 dni. Pęknięta śledziona, zmiażdżona wątroba, krwiaki w jamie brzusznej.
Umiera 14 stycznia 1987 roku o godzinie 6:15 rano. Miał dziewiętnaście lat i trzy miesiące.

To nie była pomyłka — to był system

To nie była „tragiczna pomyłka”. To był system w najczystszej postaci.
System, w którym funkcjonariusz mógł zabić człowieka kopniakami, a potem spokojnie iść na obiad do domu.
System, w którym prokurator pisał: zmarł śmiercią naturalną, choć ciało było sine od krwiaków.
System, w którym matka musiała błagać o wydanie zwłok syna, bo trzeba jeszcze sprawdzić, czy nie był agentem CIA.
System, w którym sąsiad donosił na sąsiada, a milicjant bił, bo „taki miał nastrój”.

Wyrok, którego nigdy nie było

W 1991 roku, gdy Polska już była niby wolna, Andrzej Serej dostaje dwa lata. Nigdy nie odbył kary, bo się nie stawił do jej odbycia. Nigdy nie przeprosił.
Jeden ze świadków – milicjant, który stał i patrzył – do emerytury pracował w tej samej komendzie, już jako „policjant III RP”. Drugi awansował.

I to jest prawdziwe Scandalum Magnatum tej historii: że komunistyczna milicja była instytucją zaprojektowaną do terroru, do upokarzania, do zabijania „dla przykładu”. Grzegorz Luks nie był działaczem Solidarności. Nie miał w kieszeni bibuły. Nie krzyczał: precz z komuną! Był po prostu młody i wolny wewnętrznie – a to już wystarczyło, by system uznał go za zagrożenie.

Został uznany jedną z ofiar stanu wojennego – choć formalnie zmarł „po stanie”. Bo data jest tu bez znaczenia. System nie potrzebował stanu wojennego, by zabijać. Potrzebował tylko ciemnego komisariatu i trzech mężczyzn w mundurach, którzy wiedzieli, że nikt ich nigdy nie rozliczy.

Grzegorz Luks jest symbolem najgorszego rodzaju ofiary: tej nieheroicznej, cichej, przypadkowej. Zginął nie za sztandar, nie na barykadzie, ale dlatego, że jakiś funkcjonariusz chciał sobie „podreperować statystyki” albo po prostu wyładować frustrację po wódce.
I dopóki w Polsce będą ludzie, którzy mówią: nie było tak źle, przecież mieliśmy pełne lodówki, to tylko pojedyncze przypadki – dopóty Grzegorz będzie umierał po raz drugi.
Bo pamięć o nim to nie sentyment. To akt oskarżenia.
Oskarżenia przeciwko państwu, które wychowało pokolenie katów w mundurach.
Przeciwko społeczeństwu, które przez lata milczało, bo lepiej się nie wychylać.
Przeciwko systemowi, który nie runął w 1989 roku, tylko przebrał się w garnitury i dalej żyje w głowach tych, którzy uważają, że „pała w ręku władzy to rzecz naturalna”.

Ten system nie był „błędem historii”. To był precyzyjnie skonstruowany mechanizm eksterminacji duszy narodu, działający na kilku poziomach jednocześnie.

Na górze – partia, która wiedziała, że nie da się rządzić krajem siłą czołgów w nieskończoność, więc zbudowała coś o wiele bardziej wyrafinowanego: państwo milicyjne udające państwo opiekuńcze. W tym państwie milicja nie była „organem porządku publicznego”. Była przedłużeniem partyjnego ramienia – karzącą pięścią, która biła nie za przestępstwo, lecz za sam fakt istnienia poza kontrolą.
W środku – tysiące Andrzejów Serejów. Ludzi przeciętnych, czasem nawet „sympatycznych w cywilu”, którzy w mundurze zamieniali się w bestie, bo system dawał im absolutną władzę nad życiem i śmiercią „zwykłego obywatela”. Nie musieli być fanatykami. Wystarczyło, że byli leniami, frustratami, alkoholikami albo po prostu tchórzami – system i tak zrobił z nich katów. Dawał im alibi: wykonywałem rozkazy, taka była procedura, to tylko jakiś gówniarz.

Na dole – my. Społeczeństwo wychowane w strachu tak głębokim, że stał się powietrzem. Matka, która nie śmie powiedzieć głośno, że syna zamordowali. Sąsiad, który odwraca wzrok, bo „lepiej nie wiedzieć”. Lekarz, który podpisuje się pod kłamstwem, bo ma rodzinę na utrzymaniu. Wszyscy wiedzieli. Nikt nie mówił. To był prawdziwy geniusz tego systemu: nie musiał zabijać milionów – wystarczyło zabić kilku i zastraszyć resztę.

System, który nie runął — tylko zmienił kostium

Grzegorz Luks jest dowodem ostatecznym, że komunizm w Polsce nie upadł w 1989 roku tylko dlatego, że przestał strzelać na ulicach. On przestał strzelać, bo już nie musiał.
I dlatego śmierć Grzegorza jest tak ważna dzisiaj – w 2025 roku, kiedy słyszymy, jak niektórzy politycy, dziennikarze, emeryci SB mówią: za komuny było lepiej, porządek był, milicja dbała o bezpieczeństwo.
Nie. Milicja dbała o to, żeby dziewiętnastolatek umierał przez 138 dni w męczarniach. Nie. Porządek był wtedy, kiedy trzech dorosłych mężczyzn kopało skutego chłopaka po brzuchu, a potem poszli na piwo.
Nie. Bezpieczeństwo było wtedy, kiedy matka nie mogła pochować syna, bo trzeba jeszcze sprawdzić, czy nie był prowokatorem.
System, który zabił Grzegorza Luksa, nie zniknął całkowicie. Przeżył w mentalności ludzi, którzy uważają, że państwo może bić, może kłamać, może zabijać – byle „dla wyższego celu”.
Przeżył w instytucjach, które nigdy nie zrobiły lustracji.
Dopóki nie nazwiemy tego po imieniu – zbrodniczym, totalitarnym, ludobójczym systemem – dopóty Grzegorz będzie umierał po raz trzeci, czwarty, tysięczny.

Epilog

Niech jego imię będzie kamieniem, który wrzucamy w spokojną taflę wody kłamstwa.
Niech jego śmierć będzie ostatnim gwoździem do trumny tych, którzy mówią, że nie było tak źle.
Było gorzej.
Było piekło i nazywało się Polska Rzeczpospolita Ludowa.

Cześć Twojej pamięci, Grzegorzu.
I wieczna hańba tym, którzy Cię zabili – i tym, którzy do dziś ich bronią.

Znaliśmy się z Grzegorzem, dlatego ten tekst jest dla mnie jak stare zdjęcie ze szkoły.
Patrzę i czuję, że to mogłem być ja – albo Ty.

 

Kambo albo śmierć – Radosław Stopka

Kambo albo śmierć – Radosław Stopka …

W Polsce liczba trujących płazów i gadów jest znikoma. Jesteśmy straszeni ukąszeniem żmii
zygzakowatej, ale jedynie bardzo mały procent spotkań z tym wężem może być śmiertelny. Jad tego węża jest niebezpieczny dla alergików i osób starszych, ale przy sprawnie udzielonej pomocy nie zabije dorosłego człowieka. Występujące w naszej szerokości geograficznej ropuchy, traszki i kumaki posiadając gruczoły jadowe na skórze, ale głównie do odstraszania drapieżników. Zupełnie inaczej sprawa wygląda z drzewołazami z Ameryki Południowej. To właśnie jeden z nich stanie się przedmiotem dzisiejszej opowieści.

Artykuł nie ma na celu nakłaniania do ryzykownych praktyk, ale może być wstępem do
dialogu na temat medycyny z różnych zakątków świata.

Czy kiedykolwiek bałeś się śmierci w męczarniach po kontakcie z jadem Amazońskiej Żaby? Czy słyszałeś o śmiertelnych przypadkach w Polsce? A może ciekawi cię leczniczy charakter wydzieliny z zielonego płaza? Wszystkie te pytania dotyczą jednej żaby, Kambo.

Czym jest Kambo?

Co tak naprawdę kryje się pod tą tajemniczą nazwą? Czy jest to jakiś nowoczesny preparat, a może nazwa proszku do prania? Skojarzenie z lekiem jest jak najbardziej zasadne. Mianem medycyny Kambo określa się wydzielinę z żaby żyjącej w Ameryce Południowej, zwanej Chwytnicą Zwinną (Phyllomedusa bicolor). Nazwy Kambo używa się głównie w rejonie Peru. Ta sama medycyna jest znana też pod nazwą Sapo, częściej używaną przez plemiona zajmujące tereny dzisiejszej Brazylii.

Co takiego niesamowitego jest w wydzielinie z żaby? Można powiedzieć, że wszystko. W
naturalnym środowisku żaba Kambo w zasadzie nie posiada naturalnych wrogów. Od czasu do czasu zdarza się, że większe węże próbują połknąć ją w całości i w tym momencie zaczyna się cała magia. Płaz poprzez gruczoły w skórze wydziela silnie trującą wydzielinę, która paraliżuje napastnika lub bardzo mocno zniechęca do dalszych działań. Dla człowieka jad żaby nie jest, aż tak niebezpieczny, a w odpowiedniej ilości stanowi silną medycynę.

Wydzielina z żaby Kambo zawiera mieszankę peptydów, które mocno wpływają na organizm człowieka. Wiele z nich nie jest jeszcze zbadanych przez naukę. Niektóre z nich są pochodnymi substancji opioidalnych.

Jak dokładnie to działa?

Wydzielina, która zostanie podana do układu limfatycznego człowieka wpływa silnie oczyszczająco i stymulująco. Działa jak środek przeciwzapalny, przeciwgrzybiczny i
przeciwbakteryjny. Po podaniu substancji, podczas ceremonii u uczestnika występują silne wymioty i osłabienie. Kambo stymuluje organizm do zebrania i wyrzucenia z pacjenta zebranych toksyn. Często to co wydostanie się z naszego organizmu, a szczególnie żołądka może być zaskakujące. Za ceremonią Kambo kryje się też wymiar duchowy i legendy. Indianie wierzą, że jad z żaby usuwa mentalne i duchowe blokady, złą energię i emocje. Według wierzeń żaba Kambo zwalcza coś co Indianie określają jako „Panema”, w wolnym tłumaczeniu zły duch lub pech. Po za walką z negatywnymi emocjami i pechem Kambo często było stosowane jako wspomagacz przed plemiennymi polowaniami. Zastosowanie medycyny poprawiało koncentracje i refleks, a także pozwalało zapomnieć o głodzie i trudnościach podczas polowania. W kulturze Indiańskiej wydzielina z żaby jest podawana nawet małym dzieciom jako szczepionka. W przypadku dzieci zazwyczaj jest to jedna kropka z wydzieliną. U dorosłych jest to większa ilość.

Najbardziej znaną legendą związaną z medycyną z żaby jest opowieść o szamanie o imieniu
Kampo. Plemię wspomnianego szamana cierpiało na tajemniczą chorobę. Żeby znaleźć lekarstwo udał się on do dżungli gdzie podczas wędrówki spotkał ducha żaby, od którego otrzymał wiedzę na temat lekarstwa znajdującego się w wydzielinie z żaby. Jak łatwo się domyślić szaman powrócił do swojej wioski i zastosował lek na wszystkich chorych. Uzdrowił pobratymców i nauczał kolejne pokolenia o leczniczej wydzielinie z żaby.

Jak to wygląda w praktyce?

Nawet parę słów wyjaśnienia co do właściwości nadal nie przekonuje. Większość osób kojarzy medycynę Kambo z wypadkami śmiertelnymi. Wyobraźnia podpowiada nam, że poranieni i poprzypalani umieramy w męczarniach, skręcani od wkrapianego nam jadu żaby. Nic bardziej mylnego. Jeżeli medycyna jest podawana przez osobę z doświadczeniem i stosowną wiedzą nic takiego się nie wydarzy. Prowadzący ceremonię powinien należeć do Stowarzyszenia Praktyków Kambo (IAKP). Okazanie takich kwalifikacji daje już informację na temat wiedzy i umiejętności danej osoby. Zdecydowanie zmniejsza to ryzyko złego przeprowadzenia całej ceremonii i nieodpowiedniego przygotowania pacjenta.
Zanim dojdzie do samej ceremonii, praktyk Kambo powinien zapytać swojego pacjenta o stan zdrowia, zwracając szczególną uwagę na kilka elementów. Co w takim razie stanowczo uniemożliwia zastosowanie medycyny Kambo?

  • Ciąża i karmienie piersią, oraz menstruacja u kobiet,
  • problemy kardiologiczne,
  • problemy z nadciśnieniem,
  • choroby psychiczne (z pominięciem depresji i stanów lękowych),
    cukrzyca,
  • krótki okres od chemioterapii i radioterapii, transplantacji i zabiegów chirurgicznych,
    niedoczynność nadnerczy,
  • padaczka i epilepsja oraz oraz przyjmowanie leków związanych z tymi chorobami,
    tętniaki i zakrzepy żylne,
  • spożywanie leków jak Fentanyl i pochodnych,
    krótki okres od ceremonii z Ibogainą lub żabą Bufo,

Jeżeli stan naszego zdrowia pozwala nam na podejście do ceremonii zazwyczaj zaleca się lekką dietę do tygodnia czasu przed przyjęciem Kambo. Około szesnastu godzin wcześniej nie powinno się już spożywać pokarmów. Żołądek powinien pozostać względnie pusty. Ceremonie Kambo mogą się różnić się u poszczególnych praktyków Kambo, tak samo jak odmienna potrafi być ceremonia w Europie i u rdzennych plemion. Zachodni praktycy Kambo przypalają i nakładają jad żaby bambusowymi patyczkami, które są dość łatwo dostępne. Stąd standardowa ilość „kropek” czyli oparzonych punktów, na które podaje się wydzielinę to pięć lub sześć. W rdzennych kulturach zazwyczaj przypalano skórę mocno zwiniętym i poskręcanym kawałkiem liany. „Kropki” były większe. W oparzone miejsce nakładano więcej wydzieliny z żaby, dlatego średnia ilość oparzonych miejsc to dwa lub trzy. Podczas ceremonii spożywa się duże ilości wody, ale spotyka się również praktyków, którzy są sceptyczni wobec zbyt mocnego nawadniania. Po oparzeniu skóry prowadzący odczekuje chwile i zdrapuje ostrzem (warto zwrócić uwagę czy jest wysterylizowane) tworzący się strupek. Na to miejsce podaje wydzielinę z żaby Kambo. Na efekty należy zaczekać kilka minut. Substancja w organizmie powoduje silne wymioty i rozwolnienie. Oczyszczenie organizmu trwa około pół godziny. Na ranki po oparzeniu zazwyczaj podaje się Sangre de Drago (w tłumaczeniu Smocza Krew), żywicę z drzewa występującego w Ameryce Południowej, co ma pomóc w szybkim zaleczeniu oparzenia. Z końcem ceremonii możemy być mocno osłabieniu lub pobudzeni. Wszystko zależy od indywidualnych uwarunkowań pacjenta.

Zabójcze kontrowersje

Czytając o samej ceremonii wszystko wydaje się dość klarowne i proste. Chwila niedogodności może pozytywnie wpłynąć na nasze zdrowie, ale czy na pewno? Niestety zdarzają się sytuacje, które tworzą negatywny obraz medycyny Kambo i zasiewają strach w sercach wielu ludzi. W 2016 roku doszło do śmiertelnego wypadku podczas warsztatów Kambo w Grodzisku Mazowieckim. Jedna z uczestniczek ceremonii po podaniu wydzieliny straciła przytomność i już jej nie odzyskała. Przyczyną śmierci był obrzęk mózgu i niewydolność krążeniowo – oddechowa. W 2019 prokuratura umorzyła postępowanie
karne nie mając dowodów, że to bezpośrednio jad żaby spowodował śmierć kobiety. W sierpni 2025 do szpitala w Poznaniu zgłosiła się kobieta z objawami przypominającymi padaczkę, która po przyjęła Kambo na terenie Niemiec. Niepokojące objawy pojawiły się około doby po ceremonii. W Europie znany jest również przypadek z Francji, gdzie domorosły szaman podał samemu sobie wydzielinę z żaby Kambo bezpośrednio przez dożylną iniekcję. Śmierć nastąpiła w niedługim czasie po podaniu. Ostatni ze wskazanych przypadków był wyrazem szczególnej nierozwagi. Pozostałe mogły być spowodowane
nieodpowiednim przygotowaniem. Nigdy nie można wykluczyć komplikacji po podaniu tak silnej substancji dlatego warto dogłębnie sprawdzić swój stan zdrowia przed ceremonią. Praktycy Kambo nie są lekarzami z medycznym wykształceniem. Są zmuszeni zawierzyć pacjentowi na słowo i przyjąć informacje na temat jego zdrowia za pewnik. Jeżeli ktoś sam zataja problemy zdrowotne przed ceremonią jawnie ryzykuje śmiercią.

Moje doświadczenia z Kambo

W lipcu 2020 roku przyjechałem do znajomego, który zajmował się medycyną szamańską, min. medycyną Kambo. Postanowiłem wziąć udział w indywidualnej sesji. Przyczyn było kilka, od poradzenia sobie z kontuzją stopy, oczyszczeniem organizmu do zwykłej ciekawości. Parę tygodni wcześniej mocno uszkodziłem palce przedzierając się boso przez bagna. Lekarze nie byli pewni czy jeden z palców będzie się do końca wyginał. Również moje ciało po latach zaniedbań notorycznie zapalało mi czerwoną lampkę alarmową. Do tego wszystkiego niepohamowana ciekawość, które przez następne lata pchała mnie w
przeróżne historie i ceremonie spowodowała, że zdecydowałem się spróbować. Kilka dni przed przyjazdem zostałem poproszony o prowadzenie diety roślinnej, unikanie używek jak alkohol czy przetworzona żywność bogata w cukier. Z perspektywy czasu myślę, że wewnętrzne obawy przed silną medycyną powodowały, że przestrzegałem dość surowych zaleceń. Po przyjeździe zostałem ugoszczony w domu gospodarza. Długo rozmawialiśmy na temat przeciwwskazań. Byłem pytany o problemy z sercem czy nadciśnienie. Ostatni, lekki posiłek spożyliśmy około osiemnastej. Od tego momentu do poranka nie mogłem nic jeść. Pozostała jedynie woda i napary z ziół. Wieczorem razem z gospodarzemprzyjąłem silną medycynę Rapé, co dość mocno mną wstrząsnęło. Doszedłem po chwili do siebie i
położyłem się spać. Kiedy tylko położyłem się na łóżku milion myśli wchodziło do mojego umysłu.
Przypomniały mi się wszystkie artykuły prasowe przestrzegające przed niebezpiecznym jadem z żaby. Śmierć, paraliż i wizja własnego pogrzebu nie chciały wyjść z mojej głowy, aż do świtu. Tej nocy prawienie spałem, a jeżeli nawet udało mi się zasnąć to były to krótkie momenty płytkiego snu. Przywitałem poranek z ulgą i przerażeniem. Mogłem w końcu przestać udawać, że dam radę zasnąć, ale za moment miało dojść do trudnego sprawdzianu. Mając świadomość, że przyjmę medycynę, od której teoretycznie mogę umrzeć wszedłem do kuchni gdzie czekał na mnie już szaman. Po krótkiej rozmowie zostałem poproszony o wypróżnienie. Miało to pomóc w całej ceremonii. Już wcześniej dowiedziałem się, że oprócz wymiotów przy użyciu medycyny Kambo często występuje silna obstrukcja. Po zakończonej sukcesem wizycie w toalecie wyszedłem na dwór. W dużym namiocie czekały przygotowane instrumenty do ceremonii. Zostałem poinstruowany, że muszę wypić dużą ilość wody. Pierwszy litr wypiłem dość swobodnie przed ceremonią. Szaman rozżarzonym bambusowym patyczkiem oparzył mnie na lewym ramieniu pięć razy. Odczekaliśmy chwilę. Jak tylko oparzenie zaczęło się minimalnie zabliźniać zdrapał
ostrzem noża naskórek i nałożył jasną pastę na pięć ranek. Nie było już odwrotu. Strach powodował przyspieszone tętno, ale przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Nabrałem różowego koloru na twarzy, ale był to jedyny objaw działania medycyny. Mężczyzna postanowił dopalić jeszcze jeden punkt. Idąc tą samą metodą posmarował oparzenie wydzieliną z żaby. Kilkanaście sekund później poczułem bardzo mocne uderzenie gorąca i skok ciśnienia. Bez momentu przygotowania zacząłem wymiotować do przygotowanego wiadra. Trwało to około dziesięciu minut. Kiedy wymioty się osłabiły znów piłem wodę.
Po chwili znów wymiotowałem. Początkowo wymiociny zawierały jedynie żółć z pustego żołądka, ale z biegiem trwania ceremonii wszystko nabrało ciemnobrązowego koloru. Nie zdążyłem się za bardzo nad tym zastanowić kiedy szaman podał mi medycynę Rapé z dużego podwójnego tepi. Ten zabieg wywołał jeszcze większe wymioty i mocne osłabienie. Torsje trwały łącznie około 30 minut. Po wszystkim czułem się osłabiony. Zostałem położony na karimacie i przykryty kocem. Mężczyzna podał mi jeszcze Sanange,
krople do oczu które w pierwotnym założeniu mają wzmacniać koncentrację, czujność i
spostrzegawczość. W ciszy i bezruchu leżałem przez około godziny, może dłuższej. Myśli przestały szaleć w głowie. Zapanował wewnętrzny spokój. Wewnętrznie cieszyłem się, że już po wszystkim i przetrwałem ceremonię bez uszczerbku na zdrowiu. Z drugiej strony odczuwałem lekkość, której nie zaznałem od bardzo dawna. Śmiało mógłbym to nazwać resetem do ustawień początkowych. Stres, który mnie wcześniej przygniatał odszedł. Być może to była właśnie ta ciemna maź, którą zwymiotowałem. Nawet
nie zauważyłem kiedy normalnie zacząłem poruszać uszkodzonym palcem. Po odpoczynku odczuwałem radość. Myślę, że można by to nazwać euforią. Razem z gospodarzem zjadłem wegetariańskie śniadanie i ruszyłem z powrotem do zabieganego świata, z którego przybyłem.
Medycyna naturalna ma różne oblicza. Dla jednych są to tylko zioła, albo syrop z cebuli. W
innych rejonach świata z medycyną naturalną kojarzy się tajemniczy wywar z roślin lub jad z żaby Kambo. Ceremonia z podaniem wydzieliny z żaby Kambo jest bardzo silną praktyką i nie jest to rodzaj terapii dla każdego. Nie należy jednak wykluczać takich działań. Chociaż metoda może wydawać się kontrowersyjna, a ciało reaguje w szokujący sposób to korzyści mogą okazać się trudne do osiągnięcia inna drogą. Przy stosowaniu tak silnej medycyny należy zachować ostrożność i zastanowić się czy nasz stan zdrowia jest na tyle stabilny i wolny od niektórych chorób, że możemy przystąpić do ceremonii.

Radosław Stopka
pisarz literatury obyczajowe i ezoterycznej

Podatkowa sesja nadzwyczajna zwołana na poniedziałek

0

Podatkowa sesja nadzwyczajna zwołana na poniedziałek …

Na poniedziałek, 8 grudnia, na godzinę 9:00 zwołano sesję nadzwyczajną Rady Miejskiej. Głównym punktem obrad będzie projekt uchwały dotyczącej podwyższenia podatków od nieruchomości na terenie gminy.

Decyzja o zwołaniu posiedzenia w trybie nadzwyczajnym budzi zainteresowanie, zwłaszcza że dotychczas radni Koalicji dla Gminy — stanowiący większościowy obóz w Radzie — sprzeciwiali się jakimkolwiek podwyżkom obciążeń podatkowych. Podczas poprzedniej prób podejmowanych przez burmistrza w tej kwestii stanowisko radnych koalicji było wyrażane jednoznacznie, a argumenty radnych wskazywały na konieczność ochrony mieszkańców przed wzrostem kosztów życia.

Ponadto, należy przytoczyć to co wybrzmiało z ust Pani Radnej Anity Jurewicz na jednej z sesji. Pani Radna powiedziała jasno, że startując w wyborach do samorządu radni klubu Platforma Obywatelska, na swoich ulotkach wyborczych, mieli wyraźnie zaznaczone, iż nie podniosą podatków gdy zostaną radnymi. Ta wypowiedź oznacz, iż aby zachować twarz, w poniedziałkowym głosowaniu, radni tej frakcji powinni nacisnąć przycisk NIE ( nie mylić ze wstrzymuje się od głosu ).

Pewne jest jedno: poniedziałkowe obrady mogą przynieść przełom w dotychczasowej polityce podatkowej gminy. O dalszym przebiegu sprawy będziemy informować na bieżąco.

Rząd przyjął projekt zmian w prawie oświatowym. Samorządy zyskają większą swobodę w wykorzystaniu szkolnych przestrzeni

0

Rząd przyjął projekt zmian w prawie oświatowym. Samorządy zyskają większą swobodę w wykorzystaniu szkolnych przestrzeni …

Rada Ministrów zatwierdziła projekt nowelizacji prawa oświatowego, przygotowany przez Ministerstwo Edukacji i Nauki. Propozycje przewidują znaczące poszerzenie kompetencji samorządów w zakresie organizacji pracy szkół, a także pozwalają na nowe sposoby zagospodarowania niewykorzystywanych pomieszczeń w placówkach edukacyjnych.

Według założeń projektu gminy będą mogły przeznaczać wolne sale w szkołach, przedszkolach czy innych jednostkach oświatowych na działania służące mieszkańcom. W grę wchodzą m.in. opieka nad najmłodszymi dziećmi, zajęcia dla seniorów, inicjatywy kulturalne oraz aktywności prozdrowotne i obywatelskie. Jak podkreślono w rządowym komunikacie, takie rozwiązania mają stanowić alternatywę dla likwidowania placówek w rejonach borykających się ze spadkiem liczby mieszkańców.

Warunkiem dopuszczenia dodatkowej działalności w szkołach będzie utrzymanie dotychczasowych standardów nauki oraz bezpieczeństwa uczniów.

Więcej elastyczności organizacyjnej

Projekt zakłada również rozszerzenie katalogu narzędzi, z których samorządy mogą korzystać przy dostosowywaniu szkół do realnej liczby uczniów. Możliwe stanie się m.in. tworzenie filii szkół podstawowych, a także łączenie kilku szkół w jeden zespół. W najmniejszych placówkach — tam, gdzie w klasach I–III uczy się łącznie nie więcej niż 12 dzieci — przewidziano możliwość łączenia całego procesu edukacyjnego w jednej grupie. Ma to pozwolić na utrzymanie szkół, które dotychczas były zagrożone zamknięciem, przy zachowaniu zgody rodziców, nauczycieli i władz gminy.

Wprowadzane zmiany mają również usprawnić wykorzystanie kadry nauczycielskiej oraz uprościć zarządzanie placówkami.

Wsparcie dla małych szkół

Z projektu wynika także pakiet rozwiązań skierowanych do najmniejszych szkół podstawowych. Jednostki liczące do 70 uczniów będą mogły rozszerzyć działalność świetlic o dzieci z oddziałów przedszkolnych działających w tej samej placówce. Ponadto otrzymają możliwość organizowania podwieczorków, co ma poprawić standard żywienia najmłodszych.

Nowe zasady dotyczące roli kuratorów

Nowelizacja przewiduje również uporządkowanie obowiązków kuratoriów oświaty. Kuratorzy mają zachować rolę strażników jakości edukacji, lecz część czynności administracyjnych zostanie im ograniczona. Ich pozycja ma za to zostać wzmocniona w sprawach związanych z likwidacją, przekształceniem lub zmianą obwodu szkoły.

Gminy, które będą rozważały zamknięcie placówki, zostaną zobowiązane do przeprowadzenia konsultacji społecznych i przedstawienia mieszkańcom pełnej informacji o swoich planach. Skargi na opinie kuratorów dotyczące likwidacji szkoły mają trafiać bezpośrednio do sądów administracyjnych, dzięki czemu procedury odwoławcze mają przebiegać szybciej.

Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać po upływie 14 dni od publikacji w Dzienniku Ustaw.

Kwestia funkcjonowania najmniejszych szkół już wcześniej była tematem rozmów w ramach Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Przedstawiciele samorządów zwracali uwagę na potrzebę wprowadzenia rozwiązań systemowych, które pomogłyby uniknąć masowych likwidacji takich placówek.

Rozbłyśnie choinka na Zamku

0

Rozbłyśnie choinka na Zamku …

To wydarzenie ma niezwykłą atmosferę, wprowadza świąteczny nastrój i stało się już tradycją. Na wspólne zapalenie światełek na największej zamkowej choince Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie zaprasza już w najbliższy piątek, 5 grudnia o godz. 17:00. Jak zawsze będzie też kolędowanie ze znanymi artystami. W tym roku – z jedną z najbardziej utytułowanych grup regionu – Zespołem Pieśni i Tańca Szczecinianie.

 Zamek zaprasza na Duży Dziedziniec. To tu w piątek rozbłyśnie największa, tym razem aż 12-metrowa choinka. Jak co roku świąteczny klimat dopełni ponad 30 mniejszych drzewek, które zdobić będą Zamek. Podobnie, jak w poprzednich latach drzewa przekazała Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Szczecinie. Pochodzą z Nadleśnictwa Kliniska.

Tego dnia Zamek uruchomi również iluminacje świąteczne. Na elewacjach i balkonach podziwiać będzie można wirujące płatki śniegu i kurtyny świetlne. Wspaniałym tłem do świątecznych fotografii stanie się Wieża Dzwonów, na której pojawi się jedna z najbardziej lubianych przez zwiedzających iluminacji – krążący po wieży Mikołaj z zaprzęgiem reniferów. Tarasy rozświetlą latarnie ozdobione świetlistymi koronami. Zamek oszczędza energię, więc wszystkie lampki to światełka ledowe.

W dniach 6–14 grudnia Zamek w Szczecinie zaprosi mieszkańców i turystów na Jarmark Bożonarodzeniowy – pełen świątecznych aromatów, muzyki i atrakcji. W programie znajdą się m.in. koncerty, spektakle, parada z Królową Śniegu, zagroda reniferów, rzeźby lodowe, spotkanie ze Świętym Mikołajem, pokazy Gwardii Gryfa oraz zajęcia dla najmłodszych. Warto sprawdzić program, bowiem w tym roku zamkowy jarmark jest wyjątkowo długi, a w poszczególne dni oferuje różne atrakcje. Przez cały czas nie zabraknie regionalnych przysmaków, rękodzieła i świątecznych ozdób oferowanych przez wystawców. Wstęp na jarmark wolny.

Rock Hard Ride Free kolejny raz rozbestwia się w naszym mieście

0
Rock Hard Ride Free kolejny raz rozbestwia się w naszym mieście …

Drodzy Mieszkańcy, jak wielu z Was zapewne zauważyło, w Goleniowie na tablicach przeznaczonych do oznaczania źródeł finansowania projektów coraz częściej pojawiają się plakaty promujące wydarzenia kulturalne, w tym koncerty organizowane przez Rock Hard Ride Free na Rampie Kultury. Jako osoba aktywna politycznie, odpowiedzialna podczas każdych wyborów za plakatowanie w różnych częściach powiatu, coraz częściej dostrzegam materiały informacyjne rozwieszane w nietypowych i niedozwolonych miejscach. Te obserwacje skłoniły mnie do zabrania głosu w tej sprawie.

Z roku na rok coraz więcej aktywności przenosi się do internetu, a tradycyjne formy komunikacji, takie jak plakaty, stopniowo tracą na znaczeniu. Jednocześnie maleje liczba miejsc, w których mieszkańcy, organizacje społeczne oraz instytucje kultury mogą legalnie i bezpłatnie zamieszczać informacje. Wszyscy pamiętamy betonowe grzybki na ul. Wojska Polskiego i przy miniparku czy gminną gablotę przy Bramie Wolińskiej, a dziś te elementy przestrzeni już nie istnieją.
W debacie publicznej regularnie powraca temat uchwały krajobrazowej i dbałości o estetykę miasta. Usuwanie reklam i ograniczanie powierzchni ekspozycyjnych ma poprawić wygląd przestrzeni, jednak efektem ubocznym jest zmniejszenie dostępnych miejsc na legalne ogłoszenia. Tracą na tym nie tylko wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie, ale przede wszystkim lokalna kultura, inicjatywy społeczne oraz komunikacja z mieszkańcami.
Od lat dodatkowe tablice pojawiają się w naszej gminie wyłącznie na czas wyborów. Niestety wiele z nich ustawianych jest przy rondach i skrzyżowaniach, gdzie głównymi odbiorcami są kierowcy. Jest to nie tylko mało skuteczne, ale również potencjalnie niebezpieczne, ponieważ rozprasza uwagę uczestników ruchu.
W efekcie coraz częściej widzimy plakaty w miejscach niedozwolonych: na słupach, przystankach, elewacjach czy urządzeniach infrastruktury miejskiej. Nie wynika to ze złej woli, lecz z braku alternatywy. Ograniczamy legalne możliwości plakatowania i jednocześnie oczekujemy większej estetyki, co w praktyce prowadzi do niezamierzonych naruszeń przepisów.
Obecnie w Goleniowie nie istnieje spójny system zarządzania przestrzenią informacyjną. Mamy nieliczne gabloty na przystankach, tymczasowe tablice wyborcze, które po kampanii trafiają do magazynu, oraz pojedyncze miejsca zarządzane przez sołtysów lub jednostki gminne. Tymczasem w innych miastach funkcjonują znacznie bardziej uporządkowane rozwiązania: profesjonalne gabloty utrzymywane przez spółki komunalne za drobną opłatą lub estetyczne, ogólnodostępne tablice z jasno określonymi zasadami rotacji materiałów.
Od lat zajmuję się rozwieszaniem materiałów wyborczych. Wydaję setki plakatów, koordynuję wolontariuszy i wiem, jak łatwo o naruszenie przepisów, szczególnie że sam w przeszłości popełniałem błędy i bywałem wzywany w tej sprawie przez straż miejską czy policję. Problemy, o których piszę, znam więc z praktyki, nie z teorii.
Dziękuję Rock Hard Ride Free za to, że ich plakaty stały się inspiracją do podjęcia tej trudnej rozmowy. Organizacja koncertów to duże wyzwanie i życzę im dalszych sukcesów.
Wierzę, że wspólna dyskusja mieszkańców, radnych i urzędu pozwoli wypracować rozwiązanie, które pogodzi estetykę miasta z realną potrzebą informowania o wydarzeniach kulturalnych, społecznych i politycznych. Połączenie uporządkowanej przestrzeni z dostępem do legalnych miejsc do plakatowania jest trudne, ale możliwe i przede wszystkim konieczne.
Z wyrazami szacunku,
Łukasz Sołtysiak
Nowa Nadzieja Goleniów